Początek tego postu zabrzmi jak w wyznanie rodem z grupy wsparcia.

Mam 28 lat i czytam młodzieżówki… już się tego nie wstydzę.

Jakiś czas temu przeglądając Bookstagramy doszłam do wnioksu, że wiele z nich prowadzonych jest przez bardzo młodziutkie osoby, głównie dziewczyny około 15-17 lat. Równocześnie na znacznej większości z nich mogłam znaleźć przykłady poważnej literatury i zrobiło mi się zwyczajnie głupio bo ja raczej przez takie książki bym nie przebrnęła, a jeśli już to zabrałoby mi to kilka dobrych tygodni.

Przez kilka dni chodziłam wiercąc sobie dziurę w brzuchu i zastanawiając się czy coś jest nie tak? Czy może zeszłam na niziny literackie i pozostaje mi jedynie to przyznać, sypiąc głowę popiołem. Oliwy do ognia dodała jeszcze jedna z użytkowniczek instagrama. Kiedy to po skomentowaniu przeze mnie zdjęcia z „lekką” książką dostałam wiadomość, że na tą książkę powinnam uważać, że w ogóle nie powinnam chcieć tego czytać bo to chłam pisany jak przez nastolatkę, że to żadna literatura nie jest, a ta dziewczyna co ją recenzowała to niewiele książek w życiu przeczytała itp. (Równocześnie książka miała dobre opinie znanych recenzentek – wszystkie faktycznie podkreślały, że żadna to wielka literatura, a autorka nie jest pisarką, ale czyta się przyjemnie)

Już rozważałam opcję powrotu do dzieł Dostojewskiego i Czechowa, a przynajmniej do zrobienia sobie z nimi zdjęcia na Instagrama. Wiadomo, przeczytać może nie przeczytam ale fejm będzie i człowiek lepiej się poczuję ze swoim „brakiem gustu”

Kiedy otrząsnęłam się i doszłam do wniosku

-Ej zaraz! Przecież ja lubię te młodzieżówki! I lubię te lekkie książki pisane „mówionym” językiem i nie przeszkadzają mi zdania wielokrotnie złożone, ani wykrzykniki, ani wielokropki. (Zresztą sama ich tyle używam, że byłabym totalnym hipokrytą twierdząc inaczej).

Jazz nie umarł po odkryciu disco polo, wielka literatura nie zginie przez młodzieżówki i lekkie romanse.

Kiedy miałam 16 lat i po powrocie ze szkoły niewiele obowiązków, sama brałam się za wysoką literaturę. Dzisiaj po 8 albo 10h w pracy, zakupach, gotowaniu, sprzątaniu i praniu chcę po prostu odpocząć. Jeśli ja odpoczywam przy lekkiej młodzieżówce to w czym problem? I kto ma prawo to oceniać? I przede wszystkim czemu ja się tym przejmuję?

Moje wnioski dla mnie i dla Ciebie.. po prostu czytajmy to co lubimy!

Ps. Lubię wiele innych typów książek, po prostu tego jednego się wstydziłam. 😉

Podziel się tym wpisem

4 komentarze

  1. Ja tez lubie mlodziezowki 🙂
    Jak bylam mlodsza uwazalam ze nie ma „zlych” ksiazek, ani „glupich” ksiazek. Teraz juz nie jestem tego taka pewna, mysle ze znalazloby sie kilka ksiazek ktore „oglupily” ludzi. Ale akurat literatura mlodziezowa czesto niesie z soba jakies przeslanie lub nauke. I to nie tylko ta umoralniajaca 😉
    PS. Fajne miejsce 🙂

    Franka Fasolka
  2. Czytam po raz drugi ten wpis. I wiesz co? Młodzieżówki są fajne. Coś mnie tknęło, żeby wypożyczyć sobie „Anię z zielonego wzgórza”. Niestety nie znalazłam jej na dziale dla dorosłych. Trochę mi było głupio wejść do dziecięcego, ale co tam! Wypożyczyłam i czytam 🙂 I wzięło mnie na przemyślenia. Bo kiedy chodziłam jeszcze do szkoły, czytałam bardzo dużo. Później jednak coraz rzadziej i rzadziej. Myślałam, że się odzwyczaiłam. Ale chyba nie. Bo… Literatura dla dorosłych, choć bywa lekka, wymaga odrobinę skupienia. Zresztą, dlaczego by nie pofantazjować czytając młodzieżową?
    Dzięki Asia za ten wpis, naprawdę 🙂

    1. Cieszę się że Cię zainspirował! A co do samej Ani to ja bym do niej chętnie wróciła.. jako dziewczynka zbierałam piękne jej wydanie w paletowych kolorach i twardej oprawie <3 nadal mnie zachwyca! Tyle że niestety nie przeczytałam wszystkich części 🙁 zaszłam co prawda daleko ale jeszcze sporo mi zostało, więc myślę że trzeba będzie do tego kiedyś wrócić!

      admin

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.